Recenzje > Audiobooki, czyli książki czytane

„Pachnidło” w interpretacji Tomasza Traczyńskiego

PachnidłoNie wierzę w dobre intencje Patricka Süskinda. Nie wierzę po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci… Omamia od samego początku, od pierwszych słów powieści. Bawi się mną, bawi się historią. Oszukuje. Dlaczego? Ale o tym za chwilę.

Nie miałem szczęścia znać Süskinda wcześniej. Pierwszy raz usłyszałem o nim, gdy zekranizowano powieść, w gazetach pojawiły się recenzje filmu, na afiszach, które zapełniły chodniki i szklane tablice przed kinami przyciągała nas piękność o krwistoczerwonych ustach i włosach, z odsłoniętym dekoltem. Niezwykle współgrająca z tytułem. Pachnidło… Czyż to nie perfumy, nie Paryż, nie Francja, nie dama… I do tego ta róża w opadającej dłoni. Ale róża nie czerwona, nie symbol miłości, tylko blada, bladoróżowa, może zbyt biała, symbolizująca dziewictwo, śmierć… Kiedyś jedna z moich przyjaciółek rzekła, że okładka to drzwi książki. Wówczas nie wiedziałem, że plakat filmowy jest odzwierciedleniem okładki „Pachnidła” wydanego po polsku. I nie zwróciłem uwagi na film. Może pomyślałem, sugerując się trochę podtytułem „Historia pewnego mordercy”, że to na poły melodramat, na poły kryminał, nie zastanawiając się, w jakich czasach dzieje się fabuła. Ktoś zwrócił mi uwagę, że powinienem przeczytać „Pachnidło”. Pytaniem: „Nie znasz Süskinda?” rozwiał rozterki. Ten sam człowiek, który parę miesięcy później podsunął mi pod nos „Gołębia” i „Kontrabasistę” tego autora. Ach! Gdybym wcześniej znał te „jednoaktówki”! Wówczas rzuciłbym się na film i na książkę. Ale wyszło dobrze. Nie musiałem długo szukać. W witrynach księgarń nadal królowała uśpiona śmiercią dziewica. I… wyobraźcie sobie, co za szczęście, powieść towarzyszyła mi w Paryżu! Czytać „Pachnidło” w paryskim metrze! Nie każdemu to się zdarza. Fascynacja miastem, smakowanie powieści, mając za tło siedemnastowieczne kamienice, brzegi Sekwany, gdzie ponad dwieście lat temu królował targ rybny, mosty, z których jeden stał się trumną wielce szanownego mistrza perfumeryjnego Giuseppe Baldiniego! I może dlatego nie smakowałem powieści, nie zastanawiałem się nad każdym rozdziałem, akapitem, zdaniem. A dałem się wciągnąć w atmosferę, ponieść emocjom. Powtarzam, wyszło dobrze. Książka mnie zafascynowała. Zawładnęła mną. I owymi emocjami, fascynacjami, prawie, że na „gorąco”, podzieliłem się z Czytelnikami we wcześniejszej recenzji. Potem był film. Nieco rozczarowujący. Czemu? Przede wszystkim bohater. Wyobraźnia narzuciła mi postać szkaradną, okropną, brzydką. Powłóczący nogą garbus, pokurcz Grenouille. W adaptacji był po prostu przystojny… Nie pasował do ohydztwa które Süskind zafundował na kartach książki. Nie pasował do brudu, smrodu, szaleństwa. Może oczy… Ale cóż oczy! Nie był to pies który węszy, który staje na dwóch łapach i wyłapuje nosem zapachy, którymi tylko i wyłącznie rozpoznaje świat! Takiego Jana Baptystę Grenouille’a, genialnego i odrażającego człowieka, odnalazłem na powrót w interpretacji Tomasza Traczyńskiego. Tak, z ogromną przyjemnością wysłuchałem kolejnej „wersji” „Pachnidła”. Tym razem w formie audiobooka. Och, tak, aktor przede wszystkim teatralny, Tomasz Traczyński dopełnił trylogii „Pachnidła”. Książka, film, słuchana książka. Ten głos który towarzyszył mi przez parę dni, w sumie przez ponad 10 godzin, wydobył to, co najpiękniejsze z powieści. Zwrócił uwagę na to, czego wcześniej nie dostrzegłem, a co może gdzieś tam dobijało się do mych myśli, ale nie zostało sprecyzowane, może się zatarło. Ten, momentami tylko monotonny, głos, wyrywał co kilka zdań słuchacza z jednostajności, każąc wręcz rozmyślać nad zmieniającym się nurtem historii pewnego mordercy.

To właśnie wsłuchując się w głos Tomasza Traczyńskiego zacząłem zwracać uwagę na fragmenty powieści które rozpostarły przed mną całkiem inną jej panoramę. Po tym nieco przydługim prologu chcę skupić się zatem na przepięknym oszustwie Süskinda. Dlaczego piszę, że przepięknym? Bo interpretując fabułę w ten sposób odkrywam jej wielowarstwowość. Choćby początek w którym autor zapowiada powieść historyczną, opowieść o zapomnianej postaci, ale równej Napoleonowi, markizowi de Sade, Saint-Justowi, Fouché’owi, i natrętnie podsuwając czytelnikowi kolejne postacie już niezwiązane z oświeconą Francją, bo Hitlerem, Stalinem, i mnóstwem legendarnych seryjnych morderców z Kubą Rozpruwaczem na czele. W niezłym towarzystwie stawia swojego Grenouille’a, któremu przyporządkowuje oprócz miejsca w panteonie genialnych potworów, także mityczne atrybuty, ale odpowiednio skonstruowane. Czytelnik słuchając wypowiadanych przez Traczyńskiego z naciskiem słów prawie widzi jakiegoś mitycznego potwora, który pojawia się na XVII-wiecznym świecie jako emanacja zła, stworzona przez nie Boga przecież, a jakiegoś strasznego Demiurga, który z demonicznym rechotem sprowadza na Paryż najgorsze nieszczęście tych czasów, nie wypełzające z puszki Pandory, ale otwierające wieko z trzaskiem. Bo te narodziny w najobrzydliwszym miejscu Paryża, pośród niewiarygodnego smrodu, biedy, pijaństwa, zatracenia moralności, ba! najzwyklejszych ludzkich uczuć, to jak perwersyjna, piekielna i złośliwa wersja „Narodzin Wenus”.

Oszustwo tak wstrętne jak sam Grenouille i jak miejsce, gdzie pojawił się na świecie. Tak wstrętne jak poczęcie pośród rybich odpadów i jak bezduszność matki, która zostawia niemowlę na pewną śmierć. Czy tutaj narodził się potwór? Czy to ta chwila urodzin i pierwszy kontakt z rzeczywistością predestynuje Jana Baptystę do roli, którą spełni w życiu? Jeżeli tak pomyślisz, Drogi Czytelniku, to pochylisz głowę nad nieszczęściem i będziesz przez chwilę współczuł egzystencji paryskiego plebsu. Nie rób tego! Dasz się porwać i omamić autorowi. Ale wierząc w szatańskie namaszczenie też jesteś omamiony teorią o pojawianiu się na świecie potworów, których jedynym celem jest unieszczęśliwienie ludzkości.

Więc wiesz już, Czytelniku, że nie będzie to elegancki kryminał, gdzie główną rolę odegra morderca ubrany w koszulę z koronkami, a ofiarami nie będą damy o krwistoczerwonych ustach, zabijane delikatnym pchnięciem sztyletu. Nie będzie to kryminał, gdzie wśród zapachu najdroższych perfum Paryża przystojny osiemnastowieczny detektyw zapobiegnie śmierci jednej z ofiar, a wszystko skończy się długim pocałunkiem na ostatniej stronie… Bo to oszustwo. Bo zamiast owego pałacowego kryminału i kilkusetstronicowego odkrywania mordercy mamy błoto i smród. Mamy potwora, którego słowo za słowem, krok po kroku poznajemy od podszewki. Momentami się z nim utożsamiamy, współczujemy. Widzimy nędzę żywota i jesteśmy pewni, że to absolutny outsider, który prawie… nie istnieje. Bo jak może istnieć ktoś, kto nie ma zapachu i stąd jest dla innych niepozorny, niewidoczny. Ktoś, przy kim wszyscy czują się, co najmniej nieswojo. Ktoś, kto na tym zyskuje. Ktoś, kto dzięki temu potrafi przetrwać, przeżyć bez towarzyszy dziecięcych zabaw, bez młodzieńczych uniesień, bez przyjaźni zawodowych. Mając tylko jeden cel i jeden atrybut. Posiadać zapach. Węszyć doskonale.

Grenouille dzięki owej nierozpoznawalności przemyka przez świat od wczesnego dzieciństwa. Ta swoista bariera niechęci i strachu pozwala mu raz nie zwracać na siebie uwagi, innym razem z ulgą kończyć z nim znajomość. Süskind opisując historię mordercy, jego dążenie do celu, kolejne „prace”, które niechybnie czytelnik skojarzy z konstrukcją baśni czy starożytnego mitu, okrasza ją nader wyrazistymi widokami najpierw plebejskiego Paryża z jego sierocińcami, przytułkami, garbarskimi warsztatami, do czego dorzuca nazwy ulic, placów, mostów. Potem, jakby awansując bohatera w jego drodze ku przeznaczeniu, opisuje życie zawodowe wielkich paryskich perfumiarzy, z ich rozterkami, oszustwami, warsztatem zawodowym, stylem pracy, dodając do tego rys historyczny na temat ówczesnej ekonomii i kultury. I znowu mami czytelnika. Najpierw dając popis Dickensowskiego stylu, prawie że porównując Paryż do Londynu, a Grenouille’a do skrzywdzonych sierot, następnie sugerując autentyczność wymyślonych przez siebie postaci. Oczywiście daje to niezwykłą przyjemność i czytania, i słuchania. Nawet słuchania bardziej, bo Tomasz Traczyński to raz waży głos, innym razem przyśpiesza, albo odpowiednio akcentuje wskazując na nerwowość zachowań na przykład Baldiniego, czy też szybkość bądź ważkość akcji. To przyjemne, ale tak czy inaczej pisarskie zwodzenie. Za chwilę czytelnik musi wrócić do obserwowania swoistej pielgrzymki Grenouille’a, której celem jest świątynia zapachu. A on uwija się jak w ukropie. Zdobywa wszystko, co przybliża go w jego mniemaniu do osiągnięcia celu, przystając na chwilę napotkawszy zapach dotąd nieznany, a który ukierunkuje jego zachowania na dalszą część życia, zatrzymując się w warsztacie perfumeryjnym mistrza Baldiniego, oraz mistycznie się przepoczwarzając na wzór pielgrzyma-pustelnika w jaskini Owernii. Owe przystanki to cezury jego życia. Stamtąd wychodzi doskonalszy. Tam wszędzie rodzi się morderca. Morderca piekielnie doskonały, którego nic nie interesuje. Nie nęcą go pieniądze, kosztowności, zaszczyty, własny warsztat perfumeryjny. Świat doczesny go nie interesuje. Ludzie go nie interesują. Wszystko to, co go otacza, co przypadkiem jest w jego zasięgu, jest albo pomocne i wykorzystywane przez niego, albo odrzucane jako kompletnie bezwartościowe. I jak nie porównać Jana Baptysty do mesjasza, szaleńca?

A Süskind oszukuje nadal. Zwodzony czytelnik już, już widzi koniec powieści, gdy autor zaskakuje kolejną wizją świata i ludzi. Gdy przez wiele stron przygotowuje nas na zakończenie w postaci dobrze spełnionego morderczego dzieła, bądź szlachetnego ukarania zbrodni, nagle widzimy eksplozję już nie tylko Grenouille’owego szaleństwa. Nie! To szaleństwo ludzkości. Czy czytelnik dopatrzy się w tym ironii na temat manipulowania widownią, ogólnie społeczeństwem? Może to kpina z public relations? A może w jakimś stopniu to wadzenie się z Bogiem, religią? Może aluzja do francuskiego Oświecenia? Tyle, że jaka?

A gdy jesteśmy pod wrażeniem rozpostartych, prawie na podobieństwo skrzydeł jakiegoś starożytnego boga, ramion Grenouille’a, emanacji boskości i ukontentowania tak wielkim zwycięstwem, jakie może być tylko dane bogom, bohater znowu znajduje się na szlaku i czytelnik widzi już tylko jego plecy w kurzu drogi i podskakujący tobołek… Czy tak odchodzą bogowie? Och, nie! Jan Baptysta nigdy by sobie na to nie pozwolił. W szalonym umyśle, zaprogramowanym przez piekielne moce tli się ludzka myśl. Czy wszystko to, co spotkało go do tej pory, miałoby go tylko postawić na królewskim, papieskim, czy boskim piedestale? Czy nie chodzi o to, że ten pokurcz, garbus okrężną drogą chciał być jedynie człowiekiem? Czyż nie jest właśnie rzeczą ludzką zdobyć wszystko i runąć? Runąć w niebyt?

-----

Dział recenzji powstaje przy współpracy z portalem www.info.audiobook.pl

Jerzy Lengauer

Załóż wątek dotyczący tego tekstu na forum

Audiobooki, czyli książki czytane:

„Siddhartha” - Hermann HessePod flagą biało-czerwoną„Senność” - „Ziewanne” historyjki„Moje drzewko pomarańczowe”, czyli lekcja czułości„Pachnidło” w interpretacji Tomasza TraczyńskiegoJęzyk angielski dla początkujących - recenzja„Lato przed zmierzchem” – Doris LessingHanna Bakuła „Hania Bania”„Nowe przygody Mikołajka” – René Goscinny„Kocham Paula McCartneya” – Joanna Szczepkowska„Kontrabasista” – Patrick SüskindPrzygody Olivera Twista - Charles Dickens„Złote nietoperze” – Grażyna Jeromin-Gałuszka„Ptasiek” – Williama WhartonaCheri„Wróżby Kumaka” – Günter Grass„Za blisko domu” – Linwood Barcley„Róże cmentarne”, czyli ogólne naśladowanie„Gnój” – Wojciech KuczokCzapa, czyli śmierć na ratyDynastia Miziołków„Zapiski na pudełku od zapałek” – Umberto EcoDzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy„Kubuś Fatalista i jego pan” – Denis Diderot„Coś mocniejszego” – Rafał A. Ziemkiewicz„Lolita” – Vladimir NabokovChłopiec z Nowolipek, czyli „Nowolipie” Józefa HenaRyby śpiewają w Ukajali, czyli Amazonka w sycącej pigułceRio de Oro, czyli w dorzeczu Złotej Rzeki„Cienie nad rzeką Hudson” – Isaac Bashevis Singer„Śmierć mówi w moim imieniu” – Joe Alex„Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” – Jerome K. Jerome„Obsługiwałem angielskiego króla” – Bohumil Hrabal„Źródło prawdziwej siły” – Fabian Błaszkiewicz„Morderca bez twarzy” – Henning Mankell„Tragedia w trzech aktach” – Agata Christie„Zgon Oliwiera Becaille”, „Nantas”, „Radykał” – Emil Zola„Spóźnieni kochankowie” – William Wharton„Lektor” – Bernhard Schlink„Gimnastyka dla języka” – Małgorzata Strzałkowska„Skarb w Srebrnym Jeziorze” – Karol May„Modlitwa o deszcz” – Wojciech Jagielski„Śmierć na Nilu” – Agata Christie„Gaumardżos! Opowieści o Gruzji” – Marcin Meller i Anna Dziewit-Meller„Dżuma” – Albert Camus
PodróżeKulturaMuzykaHistoriaFelietonyPaństwo, polityka, społeczeństwoPowieści i opowiadaniaKącik poezjiRecenzjeWielkie żarcieKomiks
PrzewodnikiAlbaniaNepalPolskaRumunia
Oceń zamieszczony obok artykuł.
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.